We-Vibe Moxie zdalnie sterowany masażer do noszenia pod bielizną | Recenzja

Autorka:
27.02.2020 · Czas czytania: 6 min
we vibe moxie masazer lechtaczki 1 we vibe moxie masazer lechtaczki 1b
Świadoma seksualność to temat, który towarzyszy mi w życiu już bardzo długo. I niezmiennie mnie fascynuje. Cały czas obserwuję jak zmieniają się moje preferencje, reakcje mojego organizmu, a także jak działa podświadome dostosowanie się do partnera w sferze erotycznej.

Natomiast ostatnio zorientowałam się, że nim zaczęłam słuchać swojego ciała i nauczyłam się czerpać przyjemność ze współżycia z drugą osobą, to w moim życiu już na długo przed tym pojawiły się gadżety erotyczne. I chyba był to największy wydatek zrobiony tylko dla siebie (zaraz po butach) za ciężko uzbierane pieniądze.

Aktualnie, przez moje ręce przeszło już wiele produktów z różnych półek cenowych i z każdej kategorii. Nawet te stworzone z myślą o mężczyznach. A przez to, coraz trudniej mnie zaskoczyć. I zaczyna zanikać ekscytacja i chęć zakupu kolejnego wibratora czy masażera, który działaniem nie będzie różnił się od poprzednich. Bo jakby nie patrzeć, przy produkcji gadżetów erotycznych aktualnie nie mało trzeba się nagimnastykować, żeby stworzyć coś naprawdę oryginalnego. A do tego spełniającego swoją rolę i nie utrudniającego osiągnięcia przyjemności. Co wbrew pozorom wcale nie jest takie oczywiste.

we vibe moxie masazer lechtaczki 3Ostatnio w ramach leniwego weekendu wraz z partnerem obejrzeliśmy już leciwą komedię romantyczną mówiącą o relacjach damsko-męskich. Może sam film nie był najwyższych lotów, ale pojawiły się tam wibrujące majtki! Oczywiście dla znerwicowanej kobiety, której brakuje porządnego… orgazmu.

Sam gadżet był pokazany jak zwykła para majtek z pilotem w zestawie, które zapewniały na tyle duże wibracje, że bohaterka komedii szczytowała w bardzo niesprzyjających i krępujących warunkach – na kolacji służbowej. Brzmi ciekawie, prawda? Postanowiłam zagłębić się w temat i sprawdzić, na ile wibrujące majtki to prawda, a na ile fikcja.

Mój wybór padł na znaną firmę gadżetów erotycznych We-Vibe. Dla mnie jest to marka, która słynie z produktów innowacyjnych, dobrej jakości, ale co za sobą idzie – kosztownych. Natomiast skoro chcemy wydać więcej na gadżet, który ma dopełnić nasze życie erotyczne, to mamy prawo mieć co do niego pewne wymagania. W ofercie We-Vibe można znaleźć gadżet, który z każdej bielizny jest w stanie zrobić wibrujące majtki. I to on jest bohaterem dzisiejszej recenzji. Opowiem wam o Moxie – wibratorze wyjętym prosto z filmu! Ale zacznijmy od początku. 

Wartość gadżetu czuć już po samym opakowaniu. Moxie przychodzi do nas w dobrze wykonanym, prostokątnym pudełku. Kolorystyka jest również udana – składa się z odcieni niebieskości i zieleni. Jest w pełni logowane, ale przy tym uporządkowane i nieprzesadzone. Już na nim znajdziemy informację, gdzie należy umieścić produkt, ile ma stopni wibracji i jak działa. Poza tym, na opakowaniu są infografiki zapewniające o jego wodoodporności, przystosowaniu do noszenia, a także, że posiada akumulator. Więc nie potrzebujemy baterii. Ponadto na tym etapie dowiadujemy się, że jest sterowany pilotem, ale także została pod niego stworzona aplikacja. Spotkałam się z tym pierwszy raz i naprawdę mnie to zaciekawiło.

Po odsłonięciu wieka, naszym oczom ukazuje się gadżet wraz z pilotem, umieszczony w białej piance. Całość od góry jest osłonięta dodatkowo przezroczystą przekładką. Aby dostać się do wibratora trzeba wyciągnąć z pudełka całą konstrukcję. Pod białą pianką znajdują się kartonikowa szufladka, w której umieszczona została instrukcja obsługi (opisowa i rysunkowa), próbka lubrykantu, kabelek do ładowania, oraz zapasowy magnes i satynowy, biały woreczek do przechowywania zabawki. 

we vibe moxie masazer lechtaczki 4Sam gadżet jest w morskim kolorze, ma ponad 9 cm i średnio, nie całe 4 cm szerokości. Jest to wartość przybliżona, ponieważ na jednym końcu wibrator jest szerszy i bardziej wypukły. Trochę jak mini masażer punktu G.

Wykonany jest z silikonu medycznego – więc jest całkowicie bezpieczny. Na przedniej części znajdziemy niewielką wypustkę, która służy jako włącznik/wyłącznik, ale również można nim zmieniać tryby. A jest w czym wybierać! Mamy ich dziesięć – do tego przy każdym możemy zwiększyć, bądź zmniejszyć intensywność. Natomiast ta funkcja jest już dostępna dla pilota lub aplikacji. Po środku Moxie ma spory, owalny magnes, w kolorze samego gadżetu. To właśnie nim przyczepiamy wibrator do bielizny. Poniżej zaczepu zostało umieszczone logo oraz widoczną po włączeniu zabawki diodę. Na samym dole są dwie małe blaszki – to miejsce do ładowania. 

Przejdźmy teraz do pilota – jest on niewielki, biały, z czterema szarymi przyciskami i wbudowaną w środek lampeczką. Jest lekki. Szczerze mówiąc, w porównaniu do samego gadżetu wypada trochę tanio. Ale spełnia swoją funkcję.

Muszę przyznać, że dawno nie byłam tak podekscytowana rozpakowując zabawkę erotyczną. Dosłownie nie mogłam się doczekać, aż poczuję na co ją stać. Dlatego mimo, że zdawałam sobie sprawę z istnienia aplikacji oraz… instrukcji obsługi, podłączyłam ją na godzinę do ładowania, a potem zamontowałam na bieliźnie.

Moxie trzyma się naprawdę solidnie! A przy tym nie przeszkadza w chodzeniu. Trochę obawiałam się, że będzie mnie uwierał. Ale zostałam miło zaskoczona. Natomiast muszę zaznaczyć, że mógłby obejmować większą część waginy, albo bardziej otulać łechtaczkę. Myślę, że wtedy wibracje byłyby bardziej satysfakcjonujące. Oczywiście wyczuwałam je, ale zabrakło mi odpowiedniego dociśnięcia do ciała. Z plusów warto zaznaczyć, że jest cichy. Podczas użytkowania słyszałam jedynie nienachalne mruczenie, ale mój partner stojący tuż obok musiał się dopytywać czy już Moxie jest włączony.

Gadżet ruszył z nami na zakupy. Nim doszliśmy do samochodu poczułam pierwsze wibracje. Było to zabawne! Odebrałam to jak zasygnalizowanie od partnera, że chce mi sprawić przyjemność. Ale czy było mi przyjemnie? Niestety jak dla mnie było to za mało intensywne, by móc mnie skutecznie podniecić. Ale wiadomo – kontekst też ma znaczenie.

we vibe moxie masazer lechtaczki 2Pod koniec zakupów pojawił się problem z wyłączeniem gadżetu. Dlatego przyśpieszyliśmy kroku, żebym mogła to zrobić ręcznie w zaciszu samochodu.

W domu przez chwilę nie chciał się włączyć przy użyciu pilota. Do tej pory ciężko zgadnąć mi przyczynę. Możliwe, że może za krótko go ładowałam? Instrukcja mówi o dziewięćdziesięciu minutach – ja dałam mu około pięćdziesięciu. Natomiast zaraz po tym, postanowiłam sprawdzić aplikacje We-Connect. Niska ocena użytkowników, trochę mnie zaniepokoiła, ale nie traciłam nadziei.

Telefon mojego partnera (LG) po kilku próbach połączył się – mój (Xiaomi) niestety już nie. Jak się dalej okazało, łączność nie równała się z przejęciem kontroli nad gadżetem. Od tego momentu nie reagował on ani na telefon, ani na pilota. Została więc reklamacja, na której został zresetowany, a ja otrzymałam informację, jak to robić. Okazało się, że wszelkie informacje są w instrukcji, a ja potraktowałam ją jak zwykle – po macoszemu.

Osobiście, z góry założyłam, że gadżet może być sprawowany i z dwoma telefonami (moim i partnera) oraz pilotem. Była to błędna dedukcja, ponieważ jednocześnie Moxie może pamiętać dwa urządzenia do sterowania. Więc albo dwie komórki, albo jedna wraz z dołączonym kontrolerem.

Kolejne próby sparowania zaczęliśmy właśnie od restartu. Po ok. piętnastu minutach starań nawiązania łączności gadżetu z komórką partnera poddaliśmy się. Ponieważ za nic nie chciał znaleźć telefonu. Trochę nas ta sytuacja zirytowała i zgasiła chęć na igraszki. Odłożyliśmy wibrator na dłuższą chwilę (dwie godziny), a potem daliśmy mu ostatnią szansę. I właśnie wtedy nastąpił sukces! 

Gdy już uda nam się sparować telefon z Moxie, aplikacja działa poprawnie. Przy jej użyciu, można wybierać sposób w jaki ma wibrować, ustawiać własną kolejność, a nawet zgrać rytm pulsacji z muzyką. Podobało mi się, że dzięki niej mogę podejrzeć stopień naładowania gadżetu. Nie raz zdarzyło mi się, że wibrator rozładował się w najgorszym momencie jaki mógł sobie wybrać. Ale wracając do zabawki od We-Vibe! Najbardziej zależało mi na przetestowaniu łączności między dwoma telefonami, a gadżetem. Więc sięgnęłam po swoją komórkę. I tu sytuacja się powtórzyła. Kilkanaście prób parowania, zakończonych fiaskiem.

Kolejny restart. Tym razem zaczęłam parowanie Moxie od swojego smartfona. Zajęło mi to sporo czasu, łącznie z przerwą na melisę. Natomiast w końcu udało się! Ale radość nie trwała długo. Wysłałam zaproszenie do wspólnej zabawy do partnera. Jednak u niego pojawił się ponownie problem ze sprawowaniem aplikacji z gadżetem. Mimo, że mój telefon w tym czasie pokazywał, że kontrola nad wibratorem jest już przekazana. Po trzydziestu minutach partner odmówił dalszych prób i odinstalował aplikację u siebie.

Pozostała mi zabawa w samotności. Akurat szykowała mi się jedna wolna noc. I wykorzystałam ją na relaks. Postanowiłam Moxie sterować pilotem. Może to dziwne, ale miałam wrażenie, że wibracje ustawiane przez niego są mocniejsze niż te wybierane na telefonie. Oczywiście w aplikacji można wybrać ich nasilenie, i ustawiłam stu procentowe, ale nie było to dla mnie to samo. Żeby ułatwić sobie i gadżetowi zadanie, włączyłam odpowiedni film na rozluźnienie, i wygodnie ułożyłam się w łóżku. Tu pojawił się ponownie problem zbyt lekkiego przylegania do ciała. Było przyjemnie… ale zabrakło tego czegoś. Dlatego postanowiłam użyć wibratora jako masażera łechtaczki. I wtedy poczułam jego wartość. W końcu przekonałam się jaką ma moc i jak szybko potrafi doprowadzić do orgazmu. 

Jeszcze tego samego wieczoru, zapakowałam Moxie w satynowy woreczek dołączony do gadżetu i wrzuciłam go do torebki. Ostatnio brakowało mi masażera, który będzie nie za duży, ale będzie miał prawdziwego kopa. No i właśnie – który będzie jeździł ze mną, bez rzucania się w oczy.

Długo zbierałam się, żeby podsumować Moxie. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o sam gadżet, to jest naprawdę świetny. Widać, że pochodzi od We-Vibe, i czuć to przy każdym użyciu. Natomiast został zaprojektowany, by rozgrzewać atmosferę przed wspólną zabawą z drugą osobą. A niestety w moim przypadku efekt był odwrotny. Myślę, że to nie będzie, (a przynajmniej nie powinna być) ostatnia wersja Moxie. I mam nadzieję, że niedługo doczekam się bardziej dopasowanego kształtu oraz łatwości w łączeniu z aplikacją. Moim życzeniem też byłaby możliwość parowania trzech rzeczy – dwóch telefonów i pilota. Ale to już nie zależy ode mnie. Moxie będę używać, może nie koniecznie zgodnie z przeznaczeniem, ale zostanie ze mną. A może za jakiś czas, gdy i mój partner trochę ochłonie, ponownie spróbujemy opanować gadżet? Bardzo bym chciała, żeby i on dał mu kolejną szansę.

O autorce:

Karolina

Witajcie, z tej strony Karolina. Od zawsze pasjonował mnie temat relacji międzyludzkich, szczególnie pod względem tworzenia erotycznego napięcia. Promuję również zdrowe podejście do seksualności oraz bezwarunkową miłość i szacunek do własnego ciała, czym mam nadzieję was zarażać.

Proponowane artykuły