Moqqa Swimmer prążkowany wibrator punktu G | Recenzja

Autorka:
25.04.2019 · Czas czytania: 5 min
moqqa swimmer wibrator 1 moqqa swimmer wibrator 1b
Gadżety erotyczne mogę nazwać swoimi małymi przyjaciółmi – szczególnie te z funkcją wibracji. Towarzyszą mi od wielu lat i wciąż pomagają w odkrywaniu coraz to nowych form przyjemności. Jednak z wiekiem rozwija się również świadomość własnego ciała i zdanie na temat tego, co naprawdę jest drogą do spełnienia, a co zwykłym mitem wytworzonym przez media, kulturę i przyzwyczajenia.

Dziś na tapet weźmiemy punkt G: czy istnieje, a może to pozostałość Freudowskiej teorii? I czy w takim razie wibratory przeznaczone do tego obszaru mają sens? Na wstępie zaznaczę, że należę do grupy ponad siedemdziesięciu procent kobiet, które nie osiągają orgazmu poprzez samą penetrację. Również deklaruję, że dochodzę wyłącznie, gdy podczas stosunku czy masturbacji stymuluje się moją łechtaczkę. Nie stanowi to żadnego problemu przy szczytowaniu z partnerem czy przy praktykowaniu samomiłości. Co więcej – uwielbiam moją seksualność. I pokochałam ją właśnie poprzez uczenie się swojego ciała. Polecam, to naprawdę najprzyjemniejszy rodzaj edukacji!

Ale wracając do tematu. W poszukiwaniu punktu G pomógł mi wibrator Swimmer marki Moqqa. Wybór nie był przypadkowy. Po pierwsze, od dłuższego czasu ten niemiecki producent zabawek erotycznych wzbudzał moją ciekawość, a po drugie wibrator ma niesamowicie oryginalny kształt (ten model jest inspirowany światem morskich przygód). No i był dostępny w fioletowym kolorze, do którego mam słabość. Oczywiście, jeśli nie popieracie mojego zamiłowania to zostaje do wyboru odcień różu i niebieskości. Poza tym, tak jak przypuszczałam – a potem okazało się to słusznym założeniem – był to dobry wybór dla osoby początkującej, która dopiero próbuje zlokalizować to rozsławione miejsce w swojej pochwie.

Uwielbiam moją seksualność. Pokochałam ją właśnie poprzez uczenie się swojego ciała. Polecam, to naprawdę najprzyjemniejszy rodzaj edukacji!

moqqa swimmer wibrator 4Swimmer przychodzi do nas w miętowym, kartonowym opakowaniu. Umieszczono na nim kilka podstawowych informacji na temat gadżetu. Na przykład ilość trybów wibracji (dziesięć) oraz długość całej zabawki (dwadzieścia centymetrów – z tym, że dugość użytkowa to jedenaście centymetrów). Jest też wzmianka, że wibrator został zaprojektowany po to, żeby dać nam przyjemność ze stymulacji punktu G oraz ścianek pochwy poprzez poprzeczne prążki. Wiem, że to może wydawać się oczywiste, ale wolę to zaznaczyć. Gadżetu można również używać jak zwykłe dildo, klasyczny wibrator, czy masażer łechtaczki. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, a nie myśl przewodnia producenta.

Po otworzeniu pudełka znajdziemy nasz nowy nabytek w plastikowej podstawce. Nawiasem mówiąc dość cienkiej, którą rozgniotłam pierwszej nocy, gdy zasnęłam ze Swimmerem w ręku po testach. Dołączono również małą instrukcją obsługi, którą absolutnie zignorowałam. Też tak robicie?

Po wyjęciu wibratora Swimmer zwróciłam od razu uwagę na to, że jest niesamowicie miękki w dotyku. Nie zrozumcie mnie źle. Nie ugina się pod naciskiem palców, ani nie zmienia kształtu. Natomiast silikon z którego jest wykonany, jest tak aksamitny, że wydaje się, iż mógłby być plastyczny. Co jest przyjemne podczas masturbacji.

Jest zasilany na dwie baterie AAA, których standardowo nie ma w zestawie. Więc przed odbiorem paczki, warto po nie skoczyć do sklepu. Albo napaść na pilot od telewizora. Wkładamy je po odkręceniu spodu białej rączki. A potem można już działać! Jest to o tyle ułatwione, że gadżet ma tylko jeden przycisk do wszystkiego: włączania, wyłączania jak i zmieniania trybów. Dla mnie to zaleta, ponieważ jest on całkowicie intuicyjny.

moqqa swimmer wibrator 2Ahh.. no i niech nazwa Was nie zwiedzie. Może przekładając na język polski, jest „pływakiem”, ale to nie znaczy, że jest wodoodporny. Nic się nie stanie jak przemyjcie część silikonową pod kranem, ale lepiej nie zanurzać go w wannie, bo może to ukrócić jego żywot.

To co się rzuca w oczy to to, że jest naprawdę duży. Zagięta końcówka, mająca za zadanie stymulować nasz punkt G jest jednym z najszerszych miejsc wibratora. Jest to bardzo dobry pomysł, ponieważ nawet jeśli to Twoje pierwsze podejście, to nie ma możliwości, żeby ten obszar ominąć. Więc na pewno sobie poradzisz! Dodatkowo, gdy okaże się, że dolna część Twojej łechtaczki, jest bardzo wrażliwa (bo właśnie tego szukasz – i tak, to znaczy, że każda kobieta go ma) to pojawia się kolejna zaleta. Silniczek wytwarzający wibracje został umieszczony w główce gadżetu, żeby moc stymulacji była jak najlepiej odczuwalna.

No właśnie, a jak jest z tą intensywnością? Przyznam szczerze, że odkąd stałam się leniwa, i mam swój ukochany księżycowy masażer Moon Vibe (zobacz recenzję), to w mojej głowie zrodziło się przeświadczenie, że baterie to za mało dla osiągnięcia odpowiedniej przyjemności. W tym wypadku, bardzo się myliłam. Swimmer wykorzystuje cały potencjał jaki mu dajemy. Osobiście zaspakajają mnie trzy pierwsze, jednostajne wibracje. I mogę stwierdzić, że nie odstaje on od zabawek zasilanych ładowarką.

Testy przeprowadzałam w dwóch całkiem różnych warunkach. Pierwszy raz był „na śpiocha”. Czyli, gdy wracasz zmęczona z pracy, ale chcesz mieć fajny orgazm, żeby Ci się lepiej spało. Nie jesteś nawet szczególnie wilgotna, nie chce Ci się iść po lubrykant i ma Ci wystarczyć tylko ślina jako dodatkowe nawilżenie.

W takiej konfiguracji miałam wrażenie, że te cztery cm średnicy to nawet za dużo, a przez suchość pochwy, tarcie było zbyt wysokie. Przez co przesuwanie wibratora w pochwie było bardzo utrudnione i niewiele miało wspólnego z przyjemnością. Dlatego bardzo szybko zrezygnowałam z dalszej zabawy i użyłam Swimmera jako masażera łechtaczki. W tej roli spisał się bardzo dobrze. I już po kilku minutach szczytowałam.

moqqa swimmer wibrator 3Drugie podejście było bardziej przemyślane. Byłam wypoczęta, podniecona i miałam dla siebie dużo czasu. I mimo naturalnego nawilżenia, sięgnęłam dodatkowo po wodny lubrykant. Tym razem zabawa wyglądała zupełnie inaczej. Przy pocieraniu główką Swimmera po górnej części pochwy odczuwałam wzmożoną przyjemność. Dlatego bardzo szybko przestawiłam wibracje na trzeci poziom, który przy masowaniu łechtaczki zapewnia mi szybki orgazm. Nie powiem, ozdobne falki na powierzchni gadżetu też robiły swoje. I podobało mi się to! Niestety nie na tyle, by wystarczyło to do szczytowania. Dlatego dodatkowo zaczęłam pomagać sobie ręką. Wtedy orgazm był kwestią sekund! Dodatkowo był niezwykle intensywny, poprzez mój ulubiony, podwójny sposób stymulacji.

No dobrze, to jak jest z tym punktem G? Czy warto kupować z myślą o nim takie zabawki jakim jest Swimmer od Moqqa? Odpowiedź jest jedna: to zależy. Różnimy się i to bardzo – każdy z nas ma bardziej lub mniej unerwione części ciała. Co jest normalne. W moim przypadku, mam bardzo wrażliwą górną część łechtaczki, a pobudzanie dolnej chociaż daje mi przyjemność, to nie na tyle dużą, abym szczytowała. Ale to nie zmienia faktu, że od momentu, gdy dostałam Swimmera w swoje ręce, nie opuszcza on mojego łóżka. Tylko używam go do masażu zewnętrznych części pochwy, a nie jej środka.

Myślę, że nie zawiedziecie się kupując właśnie ten gadżet. Może się okazać, że pocierając punkt G osiągnięcie fajny orgazm, bo jest on odpowiednio unerwiony. Jeśli nie, to mogę Wam polecić podwójną stymulację: pochwy i łechtaczki jednocześnie. Symuluje on najbardziej zbliżenie z drugą osobą. Ale jeśli, tak jak ja, najczęściej jesteście po pracy zmęczeni, i chcecie tylko osiągnąć spełnienie, a potem szybko odwrócić się na bok i pójść spać – to również Swimmer spisze się jako masażer. Poza tym jest ładny – więc czego chcieć więcej?

O autorce:

Karolina

Witajcie, z tej strony Karolina. Od zawsze pasjonował mnie temat relacji międzyludzkich, szczególnie pod względem tworzenia erotycznego napięcia. Promuję również zdrowe podejście do seksualności oraz bezwarunkową miłość i szacunek do własnego ciała, czym mam nadzieję was zarażać.

Proponowane artykuły