K;nk Control Me kobiecym okiem o wibrującym pierścieniu dla par | Recenzja

Autorka:
11.12.2019 · Czas czytania: 3 min
kink control me wibrujacy pierscien dla par 1 kink control me wibrujacy pierscien dla par 1b
Przetestowanie pierścienia erekcyjnego marzyło nam się już od dawna. Za każdym razem kiedy przechodziłam w drogerii koło półki z prezerwatywami i gadżetami, to przystawałam w lekkiej rozterce, czy może by jednak czegoś nie kupić, ale ostatecznie obawiałam się wyrzucenia pieniędzy w błoto.

Nie jeden raz przeglądałam też sekcję z pierścieniami erekcyjnymi w sklepie Secret Delivery, ale mnogość wzorów i wariacji doprowadzała mnie do stanów lękowych. Nigdy jeszcze nie próbowaliśmy pierścieni i nie wiemy tak właściwie co będzie nam bardziej odpowiadało – czy te dziwne wypustki, czy może te intrygujące królicze uszka, a może jeszcze coś innego? Chciałam zacząć od czegoś prostego, co dałoby nam jakieś wyobrażenie, czy takie pierścienie to w ogóle są dla nas. W ten oto sposób w nasze ręce wpadł wibrujący pierścień erekcyjny Control Me od K;nk i myślę, że jak na nasz pierwszy pierścień erekcyjny, to trafiliśmy w dziesiątkę.

Charakteru dodają tłoczenia, które skojarzyły mi się z figurą dzwonków z talii kart. To jest zdecydowanie design, który mnie kręci – prosty, ale nie ma w sobie nic z tandety.

kink control me wibrujacy pierscien dla par 4Oboje absolutnie przepadliśmy za designem niemieckiej marki K;nk. Pierścień znajduje się w czarnym, eleganckim pudełku, zamykanym na ukryty w wieczku magnes, a w środku zostało wyłożone gąbką, która otula pierścień. Już samo opakowanie zachęca do podarowania pierścienia w prezencie.

Sam ring wykonany jest z przyjemnego w dotyku czarnego silikonu. Na obręczy pierścienia znajduje się nakładka o kształcie walca z delikatnie połyskującym logotypem marki K;nk, który zgrabnie się wtapia w tło. Charakteru dodają tłoczenia, które skojarzyły mi się z figurą dzwonków z talii kart. To jest zdecydowanie design, który mnie kręci – prosty, ale nie ma w sobie nic z tandety.

W tej nakładce umieszczony został „nabój”, który odpowiada za funkcję wibrowania. Z boku mamy guzik, który uruchamia jeden tryb wibracji i go wyłącza. Najfajniejsze jest to, że nabój ten można łatwo wyciągnąć i bezpiecznie umyć pierścień po zakończonej zabawie – wystarczy wypchnąć palcem nabój z wnętrza pierścienia i voila! To sprawia, że pierścień jest bajecznie prosty do czyszczenia. Jedynym minusem czarnego silikonu jest to, że łatwo zbiera wszelkiego rodzaju kłaczki i pyłki.

Oboje z parterem mieliśmy pewne obawy, że obręcz, która bezpośrednio jest zakładana na penisa będzie zbyt sztywna i będzie powodowała jakiś ucisk i dyskomfort. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się martwiliśmy, bo ten silikon jest na tyle elastyczny, że nie sprawia kłopotów podczas zakładania i można spokojnie zmienić ułożenie pierścienia już w trakcie seksu (na przykład kiedy zmienimy pozycję) a jednocześnie nie zsuwa się ani nie przemieszcza nieproszony.

kink control me wibrujacy pierscien dla par 2Wydawało mi się, że jeden tryb wibracji może zabierać nam trochę pola do manewru. W dodatku niewielkie rozmiary pierścienia Control Me (w porównaniu do standardowego masażera) sprawiały, że miałam wątpliwość czy to się sprawdzi. Okazało się, że jest zupełnie jak wedle tego klasyka – mały, ale wariat. Pozytywnie zaskoczyła mnie moc tego pierścienia. Zresztą nie tylko mnie, bo mój partner też odczuł wzmocnienie doznań poprzez rozchodzące się wibracje.

Natomiast jeden tryb wibracji może nam rekompensować partner poprzez zmianę tempa pchnięć, głębokości czy docisku pierścienia do łechtaczki – tutaj jest naprawdę spore pole do popisu. Spodziewałam się też, że pierścień szybko pożre całą energię z tych malutkich bateryjek, ale jak na razie po wspólnych kilku testach wciąż działa i nie stracił na swojej mocy.

Patrząc na ring Control Me kobiecym okiem, to z jednej strony pierścień jest świetny, bo możemy pobudzać łechtaczkę w trakcie penetracji bez konieczności gmerania palcami lub wibratorem, co czasami potrafi być niewygodne. Z drugiej strony w jakiś sposób tracimy kontrolę nad własnym orgazmem, bo w dużej mierze jest uzależniony od wyczucia partnera. Z trzeciej strony to wymusza lepsze komunikowanie naszych potrzeb – otwarte mówienie, kiedy jest przyjemnie, kiedy jest w punkt, a kiedy zupełnie poza bandą.

O autorce:

Lenka

Cześć, jestem Lenka! Dużo czytam, trochę piszę i od niedawna zakochałam się w jeździe na wrotkach. Uwielbiam szukać nowych rzeczy, które mnie zachwycą i właśnie to sprowadziło mnie tutaj.

Proponowane artykuły